Przejdź do głównej zawartości

Przeciążenie systemu.

Ten tydzień z jednej strony leci strasznie szybko, a z drugiej strony strasznie się ciągnie.
Wczoraj miałam okropne uczucie, a mianowicie takie, że miałam po prostu angielskiego po prostu powyżej dziurek w nosie. Kiedy T coś do mnie mówił to zamykałam oczy i  w myślach błagałam o polski, czasem tak mam. Jednak dziś zauważam, że jest podobnie, mam nadzieje, że niedługo minie, bo wiążą się z tym bóle głowy.
 Poza tym nie pamiętam czy w poprzednim poście chwaliłam się pozbyciem się przynajmniej jednej zapory związanej z językiem. Dokładnie tej, która blokowała mnie przed słuchaniem angielskiego. Wiecie ktoś otwiera usta i słyszycie angielski, momentalnie was blokuje (chyba o tym pisałam) nie słuchacie, nie skupiacie się na tym kto coś do was mówi, tylko w głowie powtarzacie - "przecież ja go nie rozumiem, przecież ja nie wiem co powiedzieć", teraz już staram się przykładać większą uwagę do tego kto coś do mnie mówi, niż słuchania mojego głosu w głowie (lol). Jednak nadal boję się mówić, wiecie ten nasz wspaniały strach, którego nauczyliśmy się w  Polsce (a przynajmniej ja  go mam), że ktoś będzie oceniał mój akcent, złą składnię zdań, brak gramatyki, niepoprawnie wypowiadane słówka i takich przykładów można by mnożyć w nieskończoność. "Nauczyłam" się tego strachu w szkole, na ulicy, na zajęciach dodatkowych w sumie to wszędzie, bo jak to zazwyczaj my jako Polacy mamy manie oceniania drugiej osoby, ale najbardziej lubimy wytykać  komuś błędy - zwłaszcza w językach! O tak! To jest przecież takie radosne ! Jej, pobawmy się jeszcze! Przecież ona nie umie poprawnie wypowiedzieć podstawowego słówka! Ta gramatyka! O Boże co to ma być! I tak w nieskończoność, aż do porzygu (przepraszam za dosłowność, ale ja się właśnie tak czułam). Dlatego mój angielski ograniczał się do wymuszonych lekcji języka w szkole, podczas których nadal czułam się oceniana przez klasę oraz przez nauczyciela (te zaszokowane lub zniesmaczone miny! to jest coś co uwielbiam! Mimo wszystko - Ci co wiedzą to wiedzą- jakoś nie mogę powiedzieć, że nie lubię tej nauczycielki (lol)) Przecież zdałam maturę i na pewno w tym jest jej duża zasługa. W drugiej klasie LO chodziłam na dodatkowy angielski i tam w jakiś sposób przełamywałam powoli, bo powoli swoją barierę odnośnie mówienia, nauczycielka dodawała otuchy, a grupa nawet jeżeli oceniała, raczej się z tego śmiała, niekoniecznie w sensie, że śmieją się ze mnie, raczej ze mną - a przynajmniej ja miałam takie wrażenie, nie niszczcie mojego świata! W klasie maturalnej, myślę - dobra też będę chodzić - chodziłam pół roku, ale raczej za karę. Zdawałam podstawowy angielski, a chodziłam do grupy z rozszerzenia bo nie stworzono podstawy, ale ok myślę dobra pisać i tak muszę się nauczyć (a w szkole i tak musiałam robić zadania z rozszerzenia bo byłam w takiej klasie, wiec myślę "to tu, to tam" coś na pewno z tego wyciągnę). Jednak już na pierwszych zajęciach prowadząca nie wzbudziła mojej sympatii słowami "ym, na 30% z podstawy każdy jest w stanie napisać, więc zajmiemy się rozszerzeniem" może przez te słowa pielęgnowałam w sobie niechęć do niej, drażniła mnie jej zabawa włosami podczas mówienia i ogólnie wszystko w niej! Zawsze kiedy coś mówiła do mnie, albo dawała rady czułam się jak nic nie warta idiotka, która wgl. nie powinna podchodzić do matury. Więc tak po półroczu zrezygnowałam, oczywiście jak typowy maturzysta powtarzałam sobie, że "jutro zacznę się uczyć, jutro poproszę kogoś, żeby ze mną rozmawiał; jutro coś tam.. " i tak jutro jutro, aż pewnego dnia przyszło dzisiaj, a w tym dniu matura. Ogólnie nie wydaje mi się, żeby po wyjściu z matury pisemnej miała wrażenie, że jak nie zdam to właśnie z anglika, przynajmniej tak mi się wydaje jak o tym myślę (chociaż P.S mogłaby się wypowiedzieć jako osoba postronna). Co do ustnej? Wiecie a fb były i pewnie nadal są grupy "Angielski 2013 pytania CKE dolnośląskie" - ja miałam maturę chyba koło 20 z języka, więc trochę tych grup, pytań mogło się nazbierać, ale po co przez cały miesiąc śledzić grupę, przeglądać słówka, lepiej to zrobić w noc przed egzaminem, zwłaszcza jak masz go na 10 rano i jesteś pierwszy! Wypisałam miliony słówek, lol bo się ich nauczyłam - tak bardzo. Tylko stresowałam innych wypytując ich o dziwne słówka. Jednak po dziś dzień mój wysoki wynik - jak na mnie - zawdzięczam Konradowi i jego " It's not my cup of tea". Do końca życia będę pamiętać to wyrażenie i uznanie w oczach egzaminatorki jak go użyłam. (Tak polecam nauczyć się jakiś dziwnych związków frazeologicznych, albo jak mówicie o czymś to rozwijać - wiem, że każdy wam to powtarza, ale zróbcie to dla tego błysku w oczach egzaminatora, serio polecam lol-  "Starzy ludzie nie lubią techniki, a przynajmniej moja babcia nigdy by sobie nie kupiła I pada 2, bo ona nie umie nawet pisać sms, więc nie sądzę żeby umiałabym używać I pada" Lol to zdanie było jeszcze bardziej dziwne na egzaminie, a w angielskim to już wgl moj hit, i to moje  "You know what I mean") . Jednak po wyjściu z sali miałam małe załamanie, stwierdziłam, że jak nic nie zdam, a jak zdam to tragicznie. Dobra ale koniec o maturze, bo zaraz stwierdzę, że chciałabym pisać ją jeszcze raz (ale tak wolałabym to niż egzaminy na sesji z fizyki, albo matmy).

Wracając do oceniania, tu wszyscy mają gdzieś jak mówisz, ważne że mówisz, bo a nóż widelec ktoś Cię zrozumie, bo raczej jeżeli nic nie powiesz, niestety nie ma takiej możliwości. Poza tym tu każdy ma swój akcent, każdy mówi po swojemu, więc raczej nikt nie oczekuje, że będziesz mówił świetnie, górnolotnymi słówkami, gramatycznie niczym na lekcji języka anielskiego, ważne jest to że mówisz! Poza tym częściej spotkasz kogokolwiek niż rodowitego anglika to po pierwsze. A po drugie nawet jeżeli spotkasz anglika, to oni są serio mili (jak na razie miałam takie szczęście) i raczej Ci pomoże niż wyśmieje. Jednak nadal dla mnie to za krótko, żeby otworzyć buzie i gadać jak najętym  po angielsku.

Tak więc wiecie jak maturzyści teraz rzygają tęczą na słowa "za kilka dni matura", jak studencie rzygają tęczą na słowa "niedługo sesja" (dobra, nie, pomyłka, oni teraz z innych powodów będą), tak ja mam taką chęć jak ktoś do mnie mówi, a jak już napisze po angielsku to zdecydowane "it's enough".


Komentarze

  1. Mam dokładnie to samo z blokadą, nie potrafię się ostatnio skupić na tym, żeby rozumieć co ktoś do mnie mówi po angielsku .. grrr. Jeśli chodzi o nauke w szkołach to jest jakaś porażka, dlaczego oni uczą tylko po to żeby zdać maturę skoro potem osoba z 5 z angola i która zdała mature na ponad 80% nie potrafi swobodnie porozmawiać po angielsku. No a co do matury, to właśnie powinnam się uczyć..
    Pozdrowionka ;)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam depresję przedmaturalną, a blokadę również mam choć mam nadzieję,że od lipca będzie już tylko lepiej i się przełamię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak poszła matura, jakie uczucia? Nawet jeżeli przyjedziesz i będziesz miała problemy to zapewne szybko one miną :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Czas decyzji.

Wiecie czego najbardziej nie lubię??  Podejmowania decyzji.
Podejmowanie decyzji to najbardziej stresujące chwile w moim życiu.... Stresowałam się przy wyborze gimnazjum, później liceum i kierunku w liceum, przedmiotów zdawanych na maturze, tematu z j. polskiego na maturze, kierunku studiów, powrotu na studia, wyboru agencji, wyborze tematu pracy inżynierskiej (do której pisania już straciłam zapał) za każdym razem na teście abc na egzaminie czy sprawdzianie. To takie chwile gdzie czuje się pod presją, zaczynam gdybać i zastanawiać się - co w moim przypadku nie jest dobrym rozwiązaniem. A już wgl. jak coś polubiłam lub mi się podoba to jest wgl. kaplica. hahha Tak samo jest dzisiaj kiedy muszę wybrać pomiędzy rodzinkami, obie są przesłodkie oraz obie są totalnie różne. 
Co do moich poszukiwań prowadziłam kilka rozmów z różnymi rodzinkami, dostałam paręnaście propozycji czy pozytywnych odpowiedzi. Jednak rozmowę na Skype zdecydowałam się tylko  z trzema. 
#1 Rodzinka z Irlandii co.Cava…

New Year, new me.... lol just kidding..

Tak więc patrząc na poprzedni rok, mam nadzieję że moja skromna osoba będzie bardziej stanowcza i wytrwalsza w dążeniu do celów niż w roku poprzednim. Być może nie nazwałabym zeszłego roku porażką nawet małą (w końcu przynajmniej zaliczyłam semestr - hehe taki żarcik), ale na pewno zawiodłam na wielu polach, jak np. mój wyjazd - totalna porażka, bo nawet nie postawiłam palca na mapie, a co dopiero podróż, a co do samego podróżowania to również słabo. I inne niewielkie rozczarowania. 

Nie mam wielu postanowień, jednak moim celem na ten rok jest to, aby przestać być takim małym narzekaczem! Szok i niedowierzanie. A no i może poprawić liczebność postów na blogu, bo zeszłoroczne 2 posty... no cóż tu dużo mówić. No i przebieram nóżkami w oczekiwaniu na wyjazd, mam nadzieję że w tym roku się ogarnę!



Moi mili w tym Nowym Roku, życzę wam przede wszystkim siły woli, szczęścia i zdrowia, a wszystko czego pragniecie niech wam się ziści.

Popadając w marazm...

Wieki mnie tutaj nie było... I można by powiedzieć, że od tego czasu popadam w marazm, letarg, gnije w miejscu, zwał jak zwał...
Pod koniec września wróciłam do domu, na uczelnie, później do pracy.... i tak sobie bimbam nic nie robiąc.. Było dużo marzeń, słów, wywodów, mimo to mało motywacji i działania... Miały być wakacje życia wyszła nuda, nuda, nuda i jeszcze nuda. Zostałam tym razem w domu, na praktyki i w pracy. Bo przecież zmiana pracy co chwile, 3 miesiące tu to tam raczej średnio wygląda w CV, bo odpocznę, bo to bo siamto. Już po półmetku stwierdzam, że te wakacje zmęczyły mnie bardziej niż podcieranie tyłków cudzym dzieciom w innym kraju. Tęskno mi za językiem, ola boga i to jak BARDZO ! Sama nie wierze w to co mówię, ale tak bardzo mi tęskno jak stąd do Londynu. Tęskno mi za tym uczuciem niepewności " czy dam radę, wgl gdzie ja jadę i do kogo ?!", wiecie taka adrenalinka, za podróżami. Boże jak ciężko mi się zmotywować, żeby gdzieś pojechać jak siedzę w domu, nawe…