Przejdź do głównej zawartości

Spóźnione prezenty ...



Tak, tak nadal przeżywamy moje 20 urodziny i to jakim starym i złym człowiekiem się staje ! Smutekkkkkk i rozpacz!

Pierwszy mały prezent? Wybranie się ponownie do Londynu! W sumie nic super ekscytującego nie zobaczyłam, ani nie zrobiłam, jednak nie chciałam Ciągać Kate, gdyż ona wybrała się do Londynu z 13 kg (bodajże) plecakiem, ponieważ wieczorem wsiadała w pociąg do Edynburga (chyba), czyli że wybierała się na trip po Szkocji! (Zazdroszczę!) Wybrałyśmy się chyba dopiero przed 14 na pociąg, który był spóźniony, dla nas dobrze bo zdążyłyśmy na niego w ostatniej chwili, a tak trzeba by było czekać pół godziny. No i właśnie już w pociągu śmieszna historia. Ze względu na fakt, że pociąg był spóźniony dość dużo ludzi się dosiadło na kolejnych stacjach w tym jedna pani która usiadła obok mnie. No więc usiadła i ja się obracam w jej stronę chcę sprawdzić kto to, a ona w tym samym czasie przygląda się swoim paznokciom, odwraca się do mnie i zaczyna opowiadać najpierw o paznokciach, później o tym jaki to Londyn i ludzie powinien być przyjazny i otwarty, a to nie prawda bo ją już kilka razy z wyklinali, patrzę na Kate i nie mogę wytrzymać odwracam się do okna, aby się nie zaśmiać. Szanowna pani nadal opowiada i opowiada, w sumie nie wiem o czym, po chwili ponownie się do niej odwracam, a ona poprawia makijaż i mówi, że kredkę i podkład kupiła za jedyne 3 f, chciałam jej powiedzieć, że podkład ma źle nałożony, ale nie zdążyłam bo ona dalej coś mówiła i zaraz wysiadała. Życzyłam jej miłego dnia i właśnie w tym momencie usłyszałam pierwszy raz tą wielką różnicę w wymowie OK - czyli to angielskie oł kejjjj. Tak bardzo to zaakcentowała, że myślałam, że zwinę się ze śmiechu. Kate do mnie "dlaczego jej nie powiedziałaś, że nie rozmawiasz po ang?". Dama taka zaradna i pomocna hahaha.
Przyjeżdżamy na Paddington, a tam stacja metra zamknięta... Smutek i rozpacz... Trzeba iść. No i dobra pojechałyśmy w sumie sama nie wiem gdzie. Gdzieś w okolice Pałacu Buckingham, i stamtąd  poszłyśmy do Natural History Museum i nudaaaaaaaaa. Wiedziałam, wiedziałam i jeszcze raz wiedziałam. Muzeum w sumie całkiem spoko dla kogoś kto nie miał geografii albo biologi, albo jak jesteś jeszcze w gimnazjum. Jestem taka mądra! Szał Ciał. Nie no kurde wiadomo fajnie zobaczyć jakieś eksponaty i coś na przykładach, ale jak mówiłam szału nie ma głowy nie urywa, jednak mimo to żałuję, że nie zobaczyłam wystawy Darwina czy jakkolwiek się to zwało.
Następnie poszłyśmy szukać jakiegoś baru, w którym Kate była umówiona z jej znajomymi. Szukałyśmy go bite pół godziny ! A dama przy okazji zainwestowała w Mapę ! Która jest większa ode mnie ! No dobra trochę przesadziłam, ale nie wiele jej brakuje. I po znalezieniu owego paru spędziłam chyba 2 godziny słuchając 6 Australijczyków (chyba wszyscy byli nimi, oprócz mnie), co nie zmienia, że rozwaliło mnie pytanie "Ty też jesteś z Australii? " Seriooooo ?Hahaha. Po 2 godzinach moja głowa była pobojowiskiem, a mój mózg wyparował ! Ja rozumiem gadać z innymi au pair o jakichś tam rzeczach, ale co innego jest słuchać rozmowy osób które się dawno nie widziały, co chwile coś, ktoś coś nowego takie rzeczy. Po czym wybrałyśmy się do jakiejś restauracji na kolacje i ruszyłyśmy zobaczyć Big Bena wieczorem i Tower Bridge.










Jak widać mój nowy nabytek nie spisuje się kiedy jest ciemno, no ale niech już będzie. 3/4 zdjęć jest z dupy więc nie będę dodawać.

No i przyszedł czas na powrót, w związku z tym, że Kate jechała do Szkocji nie mogła wrócić ze mną na Paddington, opuściła mnie już na Oxford Street nie wiem jak nazywa się dokładnie ta stacja, (wybaczcie jestem za leniwa, aby sprawdzać) No i ja miałam jechać na Paddington, ale jak pamiętacie stacja metra jest zamknięta. No więc musiałam wysiąść wcześniej, na tej samej stacji na której wsiadłam. Tylko, że dama jest takim nie ogarem, że po co jej zapamiętywać drogę, którą później sama musi odtworzyć. Tak więc zgubiłam się obeszłam 3 razy kółko po czym ogarnęłam trzewiki, że muszę przejść przez jeszcze ulicę, na której wcześniej prawie mnie rozjechali (gdyby nie to pewnie nadal bym stała i się zastanawiała w którą stronę). Jak zapewne się domyślacie na szarych uliczkach ok 11 w nocy nie jest zbyt tłumnie, zapytałam starszą panią ale nie ogarnęłam za bardzo gdzie jest MS więc dopiero jak obeszłam go 3 razy dotarło to do mnie, że tak tu właśnie jest ten sklep. No i jak już wyszłam na prostą to myślę, ok chwilka i będę na stacji... Chwilka była trochę długa, jak szłam tą drogą z Kate wydawało się to krótsze! Ale dotarłam na stację cała i zdrowa, co prawda zdygana,  bo spóźniłam się na pociąg na 11.15 i myślę boże boże mam tylko travelcar na ten dzień a następny pociąg jest 11.45 boże boże nie wypuszczą mnie. Ale już na Paddington bramki były otwarte, a co dopiero na takim moim zadupiu. Co nie zmienia faktu, że całe 30 min się dygałam, że ktoś będzie sprawdzał bilety ! Zdolna ja ! Jednak dotarłam do domu szczęśliwie bez innych perypetii.


Z Helgą nie mogłyśmy się zgrać ze spotkaniem, jak ona może to ja nie mogę i tak w kółko. Aż w końcu w sobotę się wybrałyśmy i spotkałyśmy. Co do wspaniałego i jedynego klubu w mojej mieścinie to temat rzeka. Jednak ponownie chodzenie, do lokali w których ma się znajomych którzy tam pracują jest w jakiś sposób na plus, zwłaszcza kiedy dostajesz wejściówkę na strefę VIP za free. Jednak szału nie ma dupy nie urywa. Jestem trochę smutna bo nie pobawiłam sie jakbym chciała, ale cóż bywa i tak... Ważne, że mogłam na chwilę się oderwać. Na temat clubbingu okiem konkretnego laika napisze innym razem. Jaka ja to rozrywkowa nie jestem... yolo i takie rzeczy ...






I Helgusia kupiła sobie Iphona więc było tak :



Poza tym co u mnie od tygodnia dzień w dzień mam migrenę - WTF ja się pytam ! 

A dzisiaj mam dzień off - i coś widzę, że ponownie go zmarnuje, jak zazwyczaj ostatnimi czasy ! Smutek i rozpacz, a pogoda jest kijowa! Angliooooo mam dość! 



Ach te moje powtórzenia ! 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czas decyzji.

Wiecie czego najbardziej nie lubię??  Podejmowania decyzji.
Podejmowanie decyzji to najbardziej stresujące chwile w moim życiu.... Stresowałam się przy wyborze gimnazjum, później liceum i kierunku w liceum, przedmiotów zdawanych na maturze, tematu z j. polskiego na maturze, kierunku studiów, powrotu na studia, wyboru agencji, wyborze tematu pracy inżynierskiej (do której pisania już straciłam zapał) za każdym razem na teście abc na egzaminie czy sprawdzianie. To takie chwile gdzie czuje się pod presją, zaczynam gdybać i zastanawiać się - co w moim przypadku nie jest dobrym rozwiązaniem. A już wgl. jak coś polubiłam lub mi się podoba to jest wgl. kaplica. hahha Tak samo jest dzisiaj kiedy muszę wybrać pomiędzy rodzinkami, obie są przesłodkie oraz obie są totalnie różne. 
Co do moich poszukiwań prowadziłam kilka rozmów z różnymi rodzinkami, dostałam paręnaście propozycji czy pozytywnych odpowiedzi. Jednak rozmowę na Skype zdecydowałam się tylko  z trzema. 
#1 Rodzinka z Irlandii co.Cava…

New Year, new me.... lol just kidding..

Tak więc patrząc na poprzedni rok, mam nadzieję że moja skromna osoba będzie bardziej stanowcza i wytrwalsza w dążeniu do celów niż w roku poprzednim. Być może nie nazwałabym zeszłego roku porażką nawet małą (w końcu przynajmniej zaliczyłam semestr - hehe taki żarcik), ale na pewno zawiodłam na wielu polach, jak np. mój wyjazd - totalna porażka, bo nawet nie postawiłam palca na mapie, a co dopiero podróż, a co do samego podróżowania to również słabo. I inne niewielkie rozczarowania. 

Nie mam wielu postanowień, jednak moim celem na ten rok jest to, aby przestać być takim małym narzekaczem! Szok i niedowierzanie. A no i może poprawić liczebność postów na blogu, bo zeszłoroczne 2 posty... no cóż tu dużo mówić. No i przebieram nóżkami w oczekiwaniu na wyjazd, mam nadzieję że w tym roku się ogarnę!



Moi mili w tym Nowym Roku, życzę wam przede wszystkim siły woli, szczęścia i zdrowia, a wszystko czego pragniecie niech wam się ziści.

Pani dobra rada...

Boże, Boże, czyżbym była już prawie na półmetku mojej przygody. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, jednak mój czas się ulotnił. Bycie AU PAIR przez całe wakacje na totalnym zadupiu  było chyba moim najgłupszym pomysłem na jaki wpadłam w trakcie całego mojego życia. Do domu pewnie wrócę bardziej zdołowana niż w tamtym roku i znowu będę ślęczeć na uczelni.


Co się działo?
W sumie nic! Nie poznałam, żadnej au pair! W sumie u mnie to nic dziwnego, bo zawsze mam z tym problem, w tamtym roku też zajęło mi miesiąc zanim się ogarnęłam i zaczęłam poznawać dziewczyny. Polek to tu raczej nie uświadczę, chociaż jak to ja zazwyczaj robię staram się ograniczać mój polski (ta jasne niezły bajer), no dobra nie licząc skype z domem (i potajemnego gadania do psów). Mamy jedną Polkę na wiosce i hostka chce mnie nieźle z nią zafriendować, ale serio o czym ja mam gadać? Dziwnie się czuję friendując ze znajomymi hostów więc tak to też się staram ograniczać. Hostka chyba zaczyna myśleć, że moje referencje są wys…