Przejdź do głównej zawartości

14 dni między nami było.

Jaka ja jestem zła!
Zawsze się złoszczę, jak dziewczyny nie piszą codziennie postów, a sama co robię? Raczej moje  życie nie jest na tyle fascynujące, aby ktoś chciał się w nie zagłębiać, ale przecież sama obiecałam sobie, że będę systematyczna, ku pamięci !
I tak oto jestem dokładnie 14 dni za granicą naszego kochanego kraju. Na obczyźnie, zupełnie sama - a jednak nie. Jednakże może najpierw zacznę od opisanie minionych dwóch tygodni.
W piątek 14 pojechałam do Katowic, do mojej siostry zobaczyć małego "pulpeta" oraz dlatego, że lot z Katowic był zdecydowanie tańszy niż z Wrocławia. Czy się stresowałam ? Sama nie wiem, zasnąć - zasnęłam, może trochę mi się w brzuchu poprzewracało w drodze na lotnisko. Wylot miałam o 6 i był to mój pierwszy raz. Co czułam ? Było dobrze, nie wiem trudno mi nawet to jakoś opisać... Jedno wiem, na pewno mogę latać, nie mdli mnie, ani nie przeraża. Niestety nie udało  mi się usiąść przy oknie, jednak pomimo tego podczas lotu i manewrów juz przy schodzeniu do lądowania mogłam zobaczyć ziemię.. Najbardziej stresującym momentem z całej podróży chyba było odnalezienie się na lotnisku... Znaczy się wiecie wysiadacie z samolotu i idziecie za tłumem, dochodzicie do odprawy (czy jakkolwiek to się zwie) i w głowie pustaka, myślałam sobie tylko - "boże żebym  nie musiała tylko nic mówić". Później idziecie po bagaż i czekacie w nieskończoność. Jednak najgorsze było przede mną, tłum się już trochę rozszedł bo oczywiście moja walizka wyjechała jako jedna z ostatnich, i ta myśl - za kim mam iść, gdzie jest wyjście? No, ale ja jak to ja, idę w zaparte nikogo nie pytam. Wyjście znalazłam parking też. Samochód hostów rozpoznałam, przyjechał po mnie Host wraz z chłopcami. Jeżeli chodzi o podróż samochodem, to chłopcy oglądali bajkę, jednak T. co jakiś czas się odzywał i mówił i mówił i mówił. Co do Hosta starał sie podtrzymać konwersację, jednak Boże ja przez pierwsze 5 min. praktycznie go nie rozumiałam, później moja zapora jeżeli chodzi o przyswajanie informacji puściła i jakoś to ogarnęłam. Jednakże ja nie byłam w stanie odwdzięczyć mu się tym samym ponieważ moje odpowiedzi, były zazwyczaj  typu "yes, jep", kiedy wymagały jakiegoś opisu, no cóż zastanawiam się czy mnie choć trochę zrozumiał. Po przyjeździe do domu poznałam Hostkę, która oprowadziła mnie po domu (dół: kuchnia, salon, pokój gościnny i toaleta, góra mój pokój, pokój hostów, pokój chłopców i łazienka)i od razu zapytała w jakim języku ma się do mnie zwracać. Ogólnie pierwsze dwa dni były dość intensywne, poznałam miasto, kilka parków, byłam nad Tamizą, zobaczyłam co chłopcy robią w weekend.

Jeżeli chodzi o mój plan tygodnia:
PONIEDZIAŁEK 7.00-8.15 zajmuje się T i J.  daje im śniadanie, myje zęby, czeszę i oddaje w ręce znajomych Hostów, którzy zawożą ich do szkoły. Dalej ? Sprzątam, tak tak wiem, to nie powinno  być moim obowiązkiem, jednak uwierzcie mi umarłabym z lenistwa gdybym nie musiała nic robić. Kończę ok. 12
WTOREK - Piątek 7.00-8.15 tak samo jak wyżej, z tym, że T zostaje ze mną w domu. We wtorki chodzimy do biblioteki na czytanie, w czwartki na śpiewanie, w piątek na play grupę. Daję mu drugie śniadanie i o 12 wyruszamy w drogę do szkoły, trwa ona zazwyczaj 30 min, po czym wracam, ogarniam pokój chłopców i to co jest porozrzucane po domu i mam wolne. Zazwyczaj tak po 13. W piątek jedynie mam posprzątać kuchnię i salon co schodzi mi do 14.

Więc jak widzicie nie wyrabiam nawet 35 godzin tygodniowo.

Jeżeli chodzi o pierwsze dni, dzieciaki  nie chciały się ze mną bawić więc większość czasu spędziłam w swoim pokoju, pierwszy tydzień Hostka była ze mną w domu, pokazywała okolicę, na jakie zajęcia możemy chodzić i tak dalej. Co zauważyłam dzieci są do ogarnięcia jak nie ma rodziców, bo wiadomo, że jak jest mama to mama zrobi wszystko lepiej, że mamie można się poskarżyć bo Paulina dotknęła moich włosów, albo, że na mnie patrzy. Ogólnie przez pierwszy tydzień byłam przekonana, że dzieciaki będą moją drogą krzyżową, ale nic bardziej mylnego. Da się żyć i mam nadzieję, że będzie tylko lepiej. Co do rodziców, host mama jest strasznie wyrozumiała i ciągle mnie pocieszała, że jak była au pair to dzieci też tak mówiły, żebym dała sobie trochę czasu, a wszystko będzie ok. Natomiast jezeli dzieci źle się zachowują to rodzice zwracają im uwagę więc jest dobrze. Host mówi powoli i wyraźnie więc jestem w stanie go zrozumieć, jednak na prawde nadal mam straszny problem z wypowiadaniem rozbudowanej wypowiedzi ze swojej strony. A i host uczy się polskiego, słyszałam jego lekcję i to na prawde jest zabawne do czasu, aż sobie nie pomyślisz, jak Anglicy słyszą ciebie kiedy Ty się uczysz ich języka. Ogólnie jestem co chwile pytana czy wszystko jest na pewno w porządku i czy czegoś nie potrzebuje, czy dzieci się zachowują dobrze. Więc jak na razie wydaje mi się, że wszystko w jak najlepszym porządku. Zbieram się, aby zadać im pytanie czy oni są zadowoleni ze mnie, jednak jak na razie boję się usłyszeć odpowiedź.

Miniony tydzień minął mi strasznie szybko zleciał jak nie powiem co. We wtorek nie mam pojęcia co robiłam z T. przez cały dzień, ale jedno wiem na pewno na lunch zrobiliśmy pizze (to dziecko strasznie lubi gotować i piec!!!), w środę spędziliśmy 3 godziny w parku, w czwartek byliśmy na śpiewaniu, a w piątek spóźnieni na play grupę. Ogólnie nie poznałam jeszcze ani jednej Au pair, jedną spotkałam w przedszkolu T., ale nie miałam czasu się zapoznać.

Jejku, niby dwa tygodnie, mogłabym jeszcze pisać, ale w sumie powoli czuje się tu jak w domu i moje życie staje się monotonne, w związku z czym muszę poznać kogoś, aby to zmienić, mam nadzieje, że uda mi się znaleźć jakąś Au pair, byłabym w niebie gdyby była polką, bo pomimo, że jest tu strasznie dużo polaków i jeżeli nie usłyszysz polskiego na ulicy to jakiś cud to po dwóch  tygodniach moja głowa pęka od nadmiaru wszystkiego.


Na instagramie znajdziecie kilka zdjęć ->  INSTAGRAM 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Czas decyzji.

Wiecie czego najbardziej nie lubię??  Podejmowania decyzji.
Podejmowanie decyzji to najbardziej stresujące chwile w moim życiu.... Stresowałam się przy wyborze gimnazjum, później liceum i kierunku w liceum, przedmiotów zdawanych na maturze, tematu z j. polskiego na maturze, kierunku studiów, powrotu na studia, wyboru agencji, wyborze tematu pracy inżynierskiej (do której pisania już straciłam zapał) za każdym razem na teście abc na egzaminie czy sprawdzianie. To takie chwile gdzie czuje się pod presją, zaczynam gdybać i zastanawiać się - co w moim przypadku nie jest dobrym rozwiązaniem. A już wgl. jak coś polubiłam lub mi się podoba to jest wgl. kaplica. hahha Tak samo jest dzisiaj kiedy muszę wybrać pomiędzy rodzinkami, obie są przesłodkie oraz obie są totalnie różne. 
Co do moich poszukiwań prowadziłam kilka rozmów z różnymi rodzinkami, dostałam paręnaście propozycji czy pozytywnych odpowiedzi. Jednak rozmowę na Skype zdecydowałam się tylko  z trzema. 
#1 Rodzinka z Irlandii co.Cava…

New Year, new me.... lol just kidding..

Tak więc patrząc na poprzedni rok, mam nadzieję że moja skromna osoba będzie bardziej stanowcza i wytrwalsza w dążeniu do celów niż w roku poprzednim. Być może nie nazwałabym zeszłego roku porażką nawet małą (w końcu przynajmniej zaliczyłam semestr - hehe taki żarcik), ale na pewno zawiodłam na wielu polach, jak np. mój wyjazd - totalna porażka, bo nawet nie postawiłam palca na mapie, a co dopiero podróż, a co do samego podróżowania to również słabo. I inne niewielkie rozczarowania. 

Nie mam wielu postanowień, jednak moim celem na ten rok jest to, aby przestać być takim małym narzekaczem! Szok i niedowierzanie. A no i może poprawić liczebność postów na blogu, bo zeszłoroczne 2 posty... no cóż tu dużo mówić. No i przebieram nóżkami w oczekiwaniu na wyjazd, mam nadzieję że w tym roku się ogarnę!



Moi mili w tym Nowym Roku, życzę wam przede wszystkim siły woli, szczęścia i zdrowia, a wszystko czego pragniecie niech wam się ziści.

Popadając w marazm...

Wieki mnie tutaj nie było... I można by powiedzieć, że od tego czasu popadam w marazm, letarg, gnije w miejscu, zwał jak zwał...
Pod koniec września wróciłam do domu, na uczelnie, później do pracy.... i tak sobie bimbam nic nie robiąc.. Było dużo marzeń, słów, wywodów, mimo to mało motywacji i działania... Miały być wakacje życia wyszła nuda, nuda, nuda i jeszcze nuda. Zostałam tym razem w domu, na praktyki i w pracy. Bo przecież zmiana pracy co chwile, 3 miesiące tu to tam raczej średnio wygląda w CV, bo odpocznę, bo to bo siamto. Już po półmetku stwierdzam, że te wakacje zmęczyły mnie bardziej niż podcieranie tyłków cudzym dzieciom w innym kraju. Tęskno mi za językiem, ola boga i to jak BARDZO ! Sama nie wierze w to co mówię, ale tak bardzo mi tęskno jak stąd do Londynu. Tęskno mi za tym uczuciem niepewności " czy dam radę, wgl gdzie ja jadę i do kogo ?!", wiecie taka adrenalinka, za podróżami. Boże jak ciężko mi się zmotywować, żeby gdzieś pojechać jak siedzę w domu, nawe…